Harmony Clean Flat Responsive WordPress Blog Theme

Europo witaj nas…

13:53 Kasia i Przemo 1 Comments Category : , ,

Powrót… UK :)

Po długim locie wylądowaliśmy w Londynie. Szybko i sprawnie rozpakowaliśmy i skręciliśmy na lotnisku rowery. Ubraliśmy się w cieplejsze ciuchy i opuściliśmy terminal. Trochę byliśmy przestraszeni Londynem opuszczając lotnisko, że super europejska metropolia, wszędzie będą obostrzenia, kierowcy nie będą nas lubić za to że jedziemy rowerami i nie będzie fajnie. Tymczasem z lotniska do naszych warmshowersowych hostów prowadziła niemal bez przerwy ścieżka rowerowa, a ludzie byli mili i pomocni gdy wyglądaliśmy jakbyśmy się zgubili. Zimno tylko nam trochę było, bo były 4 stopnie, czyli jakby nie patrzeć prawie 10 razy mniej niż podczas ostatniej jazdy pokazywał nam nasz termometr pokładowy. Ale Kasia znalazła po drodze na trawniku jedną rękawiczką, więc jak prowadziła jedną ręką, a drugą trzymała w kieszeni to przynajmniej nie zamarzały jej dłonie :).
Dojechaliśmy do Margitty i Nicka, którzy przyjeli nas tak ciepło, że od razu zrobiło nam się przyjemniej. Resztę dnia spędziliśmy pijąc herbatę, dokładając drewno do kominka i rozmawiając bez końca jak z dobrymi przyjaciółmi, mimo że Margitta i Nick byli od nas na oko dwa razy starsi. Rowerami byli chyba na wszystkich kontynentach, przejechali m.in. Kunjerab Pass, a i sporo rozmawialiśmy o Nowej Zelandii, bo nam się marzy. W końcu po 3,5 tysiąca km ktoś powiedział nam, że Kasię boli kark, bo ma ewidentnie za daleko kierownicę… coż, lepiej późno niż wcale :). Dostaliśmy też na własność przytulną sypialnie z przyjemną, puszystą pościelą, w której się zatopiliśmy i spaliśmy jak dzieci…
Rano przy śniadaniu wpadliśmy na pomysł pojeżdżenia we czwórkę rowerami po Londynie. Na szczęście pożyczyli nam trochę swoich ciepłych ciuchów (i na szczęście Nick też był prawie mojego wzrostu :P), bo w innym wypadku byśmy zamarzli. Londyn okazał się niesamowicie przyjazny rowerom – przez cały Londyn prowadzą niebieskie ścieżki rowerowe (nazwane rowerowymi autostradami). A Nick okazał się niesamowitym przwodnikiem, bo o Londynie wiedział wszystko. A popołudnie spędziliśmy bardzo angielsko, bo oglądaliśmy w TV słynny londyński wyścik kajakowy między Oxfordem a Cambridge. W planach mieliśmy podejść, zobaczyć to na żywo, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że w tej temperaturze przyjemniej będzie zostać przy kominku :). A wieczorem zrobiliśmy pierogi…
Kolejnego dnia mieliśmy chodzić po muzeach, ale obudziliśmy się z gorączką. W sumie to nie wiemy czemu, może szok temperaturowy? Ja większość dnia przeleżałem w łóżku, tylko Kasia dała radę uczestniczyć w życiu domowym, a Margitta i Nick przynosili nam herbatę i opiekowali się nami jak najcudowniejsi ludzie na świecie.
Rano już zebraliśmy się do Glasgow. Nick o 4:30 rano podrzucił nas na dworzec (!), bo stwierdził że prościej mu nas podrzucić niż wytłumaczyć jak dojechać :). To byli naprawdę niesamowici ludzie. Nie mogliśmy jednak pojechać tym pociągiem, bo nie zrobiliśmy rezerwacji na rowery i było tylko jedno miejsce na rower. Na szczęście kolejny o 7.30 miał i bez problemu zmienili nam bilety na kolejny.
W Glasgow spotkaliśmy się z Jowitą i spędzilismy spokojny wieczór. A kolejnego dnia wybraliśmy się z jej 7-letnim synem Marcelem na 40-kilometrową wycieczkę rowerem nad jezioro. Fajnie było. I nawet słońce nam świeciło. A wieczorem zrobiliśmy na naszą czwórkę cztery pizze :).
Zostawiliśmy u Jowity w jej małym mieszkanku nasze sakwy i rowery, pomimo że miała w nim już cztery swoje! Trochę się zapóźniliśmy z angielskimi funtami, ostatni pociąg żeby zdążyć na lotnisko mieliśmy o 8.30, a banki otwierają się o 9.00. Biegaliśmy więc rano jak głupki od sklepu do sklepu pytając czy ktoś by nam nie wymienił szkockich na angielskie, wymienialne w Polsce. Wywmieniali nam więc po 20-40, aż w jednym całodobowym sklepie Pan wygrzebał 170. W sumie nawet trochę nazbieraliśmy…

DSCF4466  DSCF4476  DSCF4468
DSCF4522      DSCF4488      DSCF4516

DSCF4532  DSCF4529  DSCF4531


Do Polski!

Tak wyszło, że zostały nam jeszcze ponad trzy tygodnie wakacji w Polsce. Lot mieliśmy z Glasgow do Warszawy. Słyszeliśmy, że w Polsce jest ciągle zimno, ale czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Chmury gęstą pierzyną przykryły cały kraj, z której wyłoniliśmy się dopiero na minutę przed lądowaniem. Było zimno jak w styczniu gdy wyjeżdżaliśmy, a na płycie lotniska leżały poodgarniane metrowe zwały śniegu. I my, w letnich ciuszkach i płóciennych butach.
Na resztę dnia zabunkrowaliśmy się u cioci w mieszkaniu, a rano zamiast na stopa, wsiedliśmy w autobus…
Przyjechaliśmy do Trzebnicy, do domu Kasi rodziców, którzy w tym czasie jeździli we Włoszech na nartach. Na wyjazd wyłączyli piec, więc w domu było 12 stopni, a my nie za bardzo mieliśmy pojęcie jak go uruchomić :). Zadzwonić spytać nie mogliśmy, bo to wszystko niespodzianka, nikt nie wiedział że przyjeżdżamy. Skoczyliśmy więc do Brico Marche po trochę drewna i resztę dnia spędziliśmy przy kominku.
Jak już kilka linijek wyżej wspomniałem, nikt nie wiedział, że przyjeżdżamy. Na pierwszy ogień poszła moja mama :). Zadzwoniliśmy do niej, że właśnie dotarliśmy do Szkocji i naściemnialiśmy, że bardzo potrzebny jest nam numer z jakiegoś szkockiego dokumentu, który podczas ostatniej wizyty zostawiliśmy w Trzebnicy. I to pilnie! A Kasi rodziców w Trzebnicy nie ma, jest tylko dziadek który nie wie gdzie co leży i czy może mogłaby podjechać nam to wygrzebać  i podać. Moja mama po pracy więc wskoczyła do auta i pognała do Trzebnicy… a tam zamiast dokumentów znalazła nas… mina po otwarciu drzwi – bezcenna :).
Kasi rodzice za to nie zaskoczyli się tak bardzo naszym widokiem, bo wcześniej nas poczuli. No, zdradziły nas wieczorne przygotowania wege smalcu i innych podniebiennych przyjemności. Chociaż też trochę się zdziwili jak już rzeczywiście zobaczyli nas śpiących sobie w sypialni, gdy przyjechali o 4.00 rano…
No i tak jesteśmy sobie w Polsce. Cieszymy się chodząc do kina, na koncerty, do czajowni (!) i spędzając czas z rodziną. Po prostu będąc tu. Ale czas leci bardzo szybko. Jeszcze tylko tydzień i wracamy do Szkotlandii… niestety z Polski nie mamy za bardzo zdjęć, bo rozładowały nam się baterie w aparacie, a worek z kablami i ładowarkami zamaist do plecaka odruchowo wsadziliśmy do sakwy i został u Jowity ;).

DSCF4534

RELATED POSTS

1 comments

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    ReplyDelete